|
Wspomnienia z Wielgowa
Wspomnienia pana Mariana, byłego mieszkańca Wielgowa
Do Wielgowa przyjechaliśmy ze Lwowa 17 kwietnia 1946 roku. Miałem wówczas
mniej więcej 7-8 lat. Załadowali nas wówczas do wagonów i wyruszyliśmy w
podróż na ziemię odzyskaną. Kiedy przyjechaliśmy do Wielgowa, to byli tutaj
jeszcze Niemcy i duża ilość Rosjanów. Działy się wtedy różne cuda. Każdy
osiedlał się w wybranym przez siebie miejscu. Przedtem to osiedle nazywalo
się Wielichowo. Numerów domów na początku nie było. To były trudne czasy.
Musieliśmy ulegać Rosjanom i oddawać im cenne drobiazgi, np. zegarki. Kiedy
przyjechaliśmy tutaj, to mój ojciec był w wojsku i potem gdy został
zdemobilizowany, to w ramach repatriantów dostał akt nadania ziemi i pole,
łąkę i domek. Co można było posadzić 17 kwietnia, jak myśmy przyjechali?
Dali nam wtedy troszkę ziemniaków, trochę dali jarego zboża. Nikt nie
wiedział, że w tych lasach jest tyle dzików. A nam przydzielono wówczas
kawałek ziemi przy obecnej Osadzie Leśnej. Prawie nic nie zebraliśmy, bo
dziki wszystko wyjadły i ojciec sprzedał to pole. Ojciec się zdenerwował i
stwierdził, że nie będzie tutaj gospodarki rozwijał. Wszelakie bydło, jakie
mieliśmy we Lwowie, zostało spieniężone na wschodzie. Po drugiej stronie
mieliśmy łąkę. Jednakże wszystkiego ojciec się zrzekł a ja wtedy byłem za
młody, żeby to wszystko utrzymywać. Byłem najstarszy z domu, ale i tak
wszystko przepadło. A przecież tutaj mieliśmy kupić jakieś bydło, ale jednak
tego nie zrobiliśmy. Ojciec wtedy poszedł pracować na kolei. Pracował w
Dąbiu w SD3. Ja też tam pracowałem jakiś czas. Ojciec był w działce
rzemieślniczej. Robili wówczas remonty dla kolejarzy np. piece itd.
Pomimo upływu czasu pamiętam bardzo wiele rzeczy z tamtych czasów. Kiedy
zamykam oczy, to widzę wszystko tak, jakby było na mapie. Wielgowo jest
dzisiaj osiedlem bardzo rozbudowanym. Wiele z budowli zostało rozebranych w
czasach powojennych. Na przykład obok dzisiejszego stadionu piłkarskiego
Vielgowii stały drewniane niemieckie baraki. Z tego, co pamiętam, to były
one w bardzo dobrym stanie i były dobrze rozbudowane. Prawdopodobnie był to
obóz. Uliczki pomiędzy barakami były bardzo ładnie i elegancko zrobione. Nie
było natomiast żadnego ogrodzenia. Ludzie, którzy przebywali w tych barakach
musieli więc prowadzić życie w dosyć dobrych warunkach. Być może byli to
Rosjanie, ponieważ kiedy myśmy tutaj przyjechali, to było w okolicy bardzo
dużo żołnierzy rosyjskich. Sam obóz został wkrótce rozebrany, ponieważ
kolejni przybywający przesiedleńcy rozbierali baraki na potrzeby własnych
komórek itp. Po barakach zostały przez dłuższy czas same fundamenty.
Stacja kolejowa w Wielgowie została również przebudowana. Była tam po środku
rampa - wjazd na wagony. W miejscu, w którym teraz jest to małe boisko
piłkarskie, to wówczas Rosjanie mieli tam potężny skład drzewa. Droga w
kierunku Płoni, którą dzisiaj jeździ się autobusem była wówczas zwykłą polną
dróżką. Po prawej stronie tej dróżki, tam gdzie się skręca na Sławociesze,
to zaraz przy drodze stał jeden olbrzymi barak drewniany. W głębi było chyba
pięć po prawej stronie. Teraz jest tam las. W tym lesie jest ładna dróżka,
po lewej stronie basen był, tam były baraki po jednej i po drugiej stronie.
Tam Niemcy chyba mieli jakąś świetlicę. Stała ona dosyć długo, a potem ją
ludzie rozebrali. Teren był cały zabudowany. Teraz jest las a po budynkach
zostały jedynie fundamenty.
Szpital w Zdunowie w zasadzie jak stał wtedy, tak stoi do dziś. Przed samym
szpitalem wybudowano kilka bloków. W tamtym miejscu również stały wówczas
baraki. Było tam też takie małe sportowe pole. Lasu tam wówczas nie było,
natomiast zastaliśmy tam okopy. Leżały tam nawet zniszczone działa
niemieckie i rosyjskie. Potem ludzie zaczęli to wszystko zbierać, kiedy
wydano rozporządzenie na temat oczyszczania tych miejsc z pozostałości
wojennych. W samym szpitalu nie było żadnej straży. Sam tam chodziłem bez
opieki. W kotłowniach były jeszcze silniki do pomp wodnych i wówczas kto
mógł, to brał cokolwiek. Dopiero po pewnym czasie państwo zainteresowało się
terenem szpitala. I potem ja jako mały chłopak grodziłem ten szpital.
Wyrabialiśmy wówczas drobne rzeczy betonowe, np. słupki. Mój ojciec robił
formę a ja z innymi chłopakami rozrabialiśmy beton. Cmentarzyk za szpitalem
był zdewastowany. Nie wiem, czy ktoś szukał tam złota, czy czegokolwiek
innego. To był stary cmentarzyk szpitalny, a teraz nie ma tam prawie nic.
Nie pamiętam, aby w okolicach dzisiejszej szkoły w Wielgowie stały jakieś
baraki. Ale musiała być tam doprowadzona woda, bo pamiętam, jak wykopywali
stamtąd rury. Były tam górki, wykopy, nawet schrony. Były tam też dalsze
wykopy, jakby pod kolejne schrony. Ale wyglądało to tak, jakby prace nie
były dokończone. Pamiętam również, jak w tamtych czasach Rosjanie ścinali
drzewa. Oni się nie schylali, tylko cięli drzewa tak, jak stali. Więc jak
myśmy przyjechali na te ziemie to zobaczyliśmy wiele wysokich pni drzew.
Ścinane drzewo było wywożone przy pomocy wspominanej przeze mnie rampy przy
torach, a ten proceder trwał dniami i nocami. Po drugiej stronie torów przy
samej stacji również stały baraki. W zasadzie była tam restauracja i sala
widowiskowa. Tam odbywały się zabawy, nawet jeszcze po wojnie. Tam się
działo wiele rzeczy, strzelaniny, bijatyki. Najczęściej z Rosjanami,
ponieważ my - wygnani ze Lwowa ich za bardzo nie lubiliśmy. Rosjanie często
kombinowali i oszukiwali naszych. Pamiętam dosyć interesującą historię. Do
sąsiada Cieślewicza przyszli Rosjanie w celu sprzedaży tytoniu. W tamtych
czasach bardzo ciężko było zdobyć tytoń, więc Rosjanie wzięli część tytoniu
i zmieszali z kłakami z kanapy. Kiedy sprzedawali ten tytoń sąsiadowi, inni
Rosjanie weszli do domu i zaczęli go obrabiać. No i Cieślewicze, już nie
żyjący, narobili szumu i Rosjanie zaczęli uciekać. Na szczęście była już i
nas nasza polska milicja. Urzędowali wówczas niedaleko SAM'u. Pamiętam, jak
Ci Rosjanie uciekali od Cieślewiczów. Pan Mikołajczyk wówczas był
komendantem milicji. Ci Rosjanie uciekali łąkami i było widać, że coś
zabrali ze sobą. Pan Mikołajczyk strzelił kilka razy, w końcu trafił jednego
Rosjanina w przyrodzenie. Przyprowadzili go po chwili, to mu tam to wszystko
wisiało, ale długo wtedy nie pożył. A dowódcy tamtych Rosjan w zasadzie nie
wiedzieli, co zrobić, ale nie mścili się za to na Polakach. Zaczęli jednak
trochę kultury nabierać przy innych ludziach.
Przy ulicy Gościniec, po drugiej stronie torów były ruiny dużego domu.
Został on rozebrany a ja tam chodziłem i nawet znalazłem pistolet szóstkę
bębenkowiec. Długo go trzymałem jako chłopak, nawet tata o tym nie wiedział.
Nowy był, ładny z nabojami. Aż w końcu powiedziałem ojcu a ojciec
powiedział, żebym go wyrzucił, bo mogę mieć przez niego problemy. Wtedy były
ciężkie czasy. Poszedłem więc za dom i porozbierałem go na części i
wyrzuciłem do sąsiadów z tyłu. Potem tego żałowałem.
Na ulicy Bryczkowskiego na środku ulicy stał kościółek. Drugi dalej był
ewangelicki. Za nim nic nie stało. Być może coś tam było, ale nie
przypominam sobie tego. Tak więc był sobie ten kościółek a że jeszcze wtedy
bało było ludzi, to chodzili do tego kościółka. Na Bałtyckiej natomiast był
dom mieszkalny, z którego potem zrobiono kościół. Wracając do tego drugiego
kościółka ewangelickiego, co stał w dalszej części ulicy Bryczkowskiego, to
pamiętam, że był on drewniany. Bardzo ładny był, nawet miał ładne schodki.
On mógł pozostać, bo stał w miarę w całości. Jednakże komuś to
przeszkadzało, bo wówczas była duża walka z klerem. Rosjanie byli wtedy w
Wielgowie i zawsze mówili, że to, co nie jest ich, to trzeba zniszczyć.
Fabrykę w Dąbiu też zniszczyli. Maszyny, które stały w tej fabryce próbowali
linami wyciągnąć, ale nie dali rady.
Na Sławocieszu, kiedy idziemy główną drogą, to docieramy do Starego Szlaku,
tam po lewej stronie były piękne działeczki. A na samym początku był
wybudowany dom w kształcie domu Baby Jagi. Piękny w kafelkach. A domy na
Starym Szlaku były prawie aż do końca, pod Szosę Stargardzką. Jeden wiadukt
był zawalony. Pamiętam, jak wszedłem z ojcem na "Spaloną Wioskę", bo tak
nazywaliśmy tamte rejony, to jeszcze trup Niemki leżał z łopatą pod tyłkiem.
Część domów była zburzona. Stały tam jeszcze czołgi i samochody radzieckie.
Na Starym Szlaku wszystko było porozbijane i aż strach było tam chodzić, ale
jednak chodziło sie. Zresztą takiego chłopaka jak ja ciekawiło wszystko.
Pałac Henningsholm, który jest mylnie nazywany Pałacem Goeringa stał jeszcze
po wojnie. Z przodu były ładne budyneczki, ale zostały rozebrane na cegiełki
na Warszawę. Wokól Pałacu były piękne ogrody z cudownymi altankami. Może
jeszcze tam istnieje mała grotka, bardzo ładna. Stały też tam drewniane
baraki, ale były równie ładne jak inne budynki. Jak się wchodziło do środka
to ściany w nich były wylepiane tapetami w kształcie kart do gry lub
Muszkieterów. Zaraz za tym był Pałac Henningsholm i był on niestety spalony.
Nie wiem, kto go spalił. Nie był w każdym bądź razie rozbity. U góry była
sala teatralna, półokrągła i bardzo ładne wejście szło po schodach. To
wszystko było spalone, zniszczone i powyginane od pożaru. Dalej znajdowały
się kolejne ogródki. W tych ogródkach były rozmaite domki, aż do tego
drugiego, ocalałego pałacu. Żaden z baraków nie był spalony. Dalej się nie
zapuszczałem, ponieważ to były czasy powojenne. Ojciec nawet by mnie nie
puścił, bo można było wtedy natrafić na rozmaite niewypały a wiadomo, jak
człowiek mały, to z ciekawości wszystkiego dotknie. Do Pałacu jednak nie
wchodziłem, po prostu bałem się. Przecież tam tyle broni leżało. Każdy
najprawdopodobniej miał broń, ale potem ogłoszono rozporządzenie i ludzie
musieli wszystko zdawać. Na np. dwa karabinki zdałem, chociaż szkoda mi ich
było. Nawet nie wiem, jaki miały kaliber. Miały krótkie naboje, grubości 9
mm i były na zameczek, jak prawdziwy karabin. Tyle że małe to były
karabinki, może 80, 90 cm wysokości. Miałem też Mausera i schowaliśmy go z
kolegami w lesie. Przy rzece Płonia stoi domek, który wówczas nie był przez
długi czas zamieszkany. My tam z chłopakami chodziliśmy i strzelaliśmy.
Pierwszy raz jak strzeliłem, to upałem bo taka mocna była siła odrzutu.
Potem się nauczyłem strzelać, byłem cwany i innych uczyłem. A potem nie
pamiętam, chyba ten pistolet wrzuciliśmy do rzeki, kiedy wyszły te
zarządzenia odnośnie zdawania broni. Kto ukrył, ten ukrył, my po prostu
wyrzuciliśmy. Dużo ludzi z tych starszych roczników już niestety wśród nas
nie ma, a młodzi niewiele pamiętają...
Na obrzeżach Wielgowa, gdzie się teraz idzie w kierunku wylęgarni, po lewej
stronie znajdowało się lotnisko polowe. Jeszcze wówczas stały tam samoloty
niemieckie. Ja wówczas dostałem takiego kota, jako mały chłopak, że będę
sobie własny samolot budował. Stały tam wówczas 2 lub 3 samoloty a kilka
było porozbijanych. Ja z tych porozbijanych samolotów przynosiłem do domu
różne części a mój ojciec bił mnie pasem mówiąc "po co ty mnie to znosisz".
A ja przecież samolot swój chciałem zbudować! Dalej przy lesie stała
leśniczówka. Ja tam ładne platery wygrzebałem. Stał tam ładny budynek, potem
niestety częściowo go rozebrali i następnie zrównali z ziemią.
Przy obecnym kiosku ruchu na Bałtyckiej stoi dom, któremu brakuje jednej
części. Po wojnie jednak dom stał przez długi czas kompletny. Tam mieszkali
państwo Turowscy. Turowscy juz nie żyją ale ich syn mieszka w Podjuchach i
tutaj często się z nim widzę.
Obecnie mieszkam w Podjuchach. Tutaj również wiele się zmieniło. Jest dużo
bloków. Np. na ulicy Floriana Szarego były domki jednorodzinne. Polacy je
burzyli i stawiali nowe. Powstało takie osiedle, chociaż moim zdaniem te
stare rzeczy tutaj lepiej pasowały. Tam gdzie stoi teraz hotel Panorama, to
były wtedy piękne ogrody. Utworzono ulicę, zlikwidowano ogrody... Na ulicy
Falskiego byly pola. Płynęła tam taka mała strużka, w której były ryby. To
wszystko niestety zostało zniszczone przez naszych rodaków. Powstały za to
piękne domki. W większości Podjuchy były zniszczone. Kiedy mieszkałem w
Wielgowie, to przyjeżdżałem tutaj z ojcem na szaber. Wybierało się różne
rzeczy, np. silniczki, potem przyjeżdżali do nas kupcy z Warszawy i im się
te różne rzeczy sprzedawało. A to były czasy powojenne, kiedy jeszcze nic
nie było tak dobrze zagospodarowane, ani jeszcze szkół wtedy nie było.
Trzeba było z czegoś żyć...
Artykuł opracował Paweł "V-12" Ruczko.
Podziękowania dla rwpb.
Szczecin, 04.11.2007. |