|
| Strona Główna | Skąd się wzięliśmy | Dzień dzisiejszy | Ulice | Kalendarium | Nasza Biblioteka | Historyjki | Nasze władze | Szpital w Zdunowie | Nasza parafia | Oratorium | SWE | Przedszkole | Nasza szkoła | Poczta | MOS1 | Ciekawi ludzie | Cmentarze | Uczniowski Klub Sportowy | Kącik Kulinarny | Poznajmy się | Plan zagospodarowania | Rozkład jazdy ZDiTM i PKP | Wyprawy | Felietony | Galeria starych zdjęć | Galeria zdjęć szkoły | Galeria Wielgowo | Galeria okolice | Galeria zdjęć mieszkańców | Ogłoszenia | Linki | Księga Gości | |
||||||
|
Ciekawi ludzie mieszkający w naszym osiedlu. Wywiady, sylwetki - na to wszystko znajdzie się tutaj miejsce.
Sylwetka: Rozmowa: - Otrzymanie certyfikatu ISO jest wynikiem wysiłku całej załogi, która wykonała ogromną pracę przystosowującą szpital do spełnienia wymogów normy, najogólniej rzecz ujmując zobowiązującej szpital do przestrzegania szeregu procedur, zapewnienia ich powtarzalności oraz wprowadzenia mechanizmów kontroli jakości. Należy podkreślić, że bazą do starań o certyfikat ISO była przyzwoita jakość pracy szpitala w dłuższej perspektywie czasowej oraz bardzo dobra opinia o jednostce, na którą zapracowały kolejne pokolenia pracowników. Proces certyfikacji pozwolił jedynie na usystematyzowanie prowadzonych działań, ujęcie ich w ramy opisywalnych procedur oraz wdrożenie załogi do rutynowego stosowania zaprojektowanych rozwiązań. Tu dotykamy dość istotnego punktu certyfikacji – mianowicie jest to proces ciągły, który nie może być zarzucony po uroczystym odebraniu dyplomu, tylko na stałe musi zagościć w mentalności załogi szpitala. Służą temu między innymi okresowe audyty i recertyfikacje, ale najważniejsza wydaje się samoświadomość poszczególnych wykonawców. Chciałbym w tym miejscu podkreślić szczególne zasługi Naczelnego Pielęgniarza Pana Zygmunta Sitko, który położył ogromne zasługi w całym procesie dochodzenia do certyfikatu. - Kieruje Pan jednym z największych oddziałów Chirurgii Klatki Piersiowej w Polsce. Jak układa się współpraca z innymi tego typu oddziałami zarówno w Polsce, jak i poza granicami? - Oddział, którym mam zaszczyt kierować, został podniesiony do rangi oddziału klinicznego Pomorskiej Akademii Medycznej, co pośrednio świadczy o jego randze w regionie oraz całym kraju. Innym wyrazem uznania dla naszych dokonań był wybór dokonany przez kolegów w kraju, powierzający mi obowiązki prezesa elitarnego Klubu Torakochirurgów Polskich oraz przez środowisko torakochirurgów europejskich, którzy obdarzyli mnie zaszczytną funkcją prezydenta European Society of Thoracic Surgeons w latach 2003-2004. Myślę, że przytoczone fakty same za siebie mówią o docenianiu rangi Oddziału, co jest zasługą wielu lat nieprzerwanych wysiłków kolejnych ordynatorów począwszy od śp. Leszka Frycza, a skończywszy na cegiełkach, dokładanych do tego dzieła przez wielu pracowników Oddziału, których przez te wszystkie lata przewinęła się cała rzesza. Trzeba pamiętać, że dobrą reputację zbudować bardzo trudno, a zmarnować ją można bardzo szybko.
- W życiu nie przypuszczałem, że będę pracował w szpitalu Zdunowskim. Co więcej, podczas studiów nie mieliśmy w tamtych latach zajęć z torakochirurgii, tak, że swoją przyszłą dyscyplinę zawodową znałem jedynie teoretycznie. Tak się złożyło, że w trakcie studiów zaangażowałem się po stronie politycznej wówczas uznawanej za zakazaną, co skutkowało przykrym faktem, że mimo ukończenia studiów z wyróżnieniem nie byłem w stanie znaleźć pracy mimo obowiązującego wówczas komunistycznego prawa, dającego w teorii możliwość swobodnego wyboru miejsca pracy przez najlepszych studentów. Okazało się to fikcją, zaś wszelkie moje odwołania pozostały bez odpowiedzi. W efekcie wylądowałem w ówczesnym zoz-ie budowlanym, obecnie Wojewódzkim Ośrodku Medycyny Pracy, gdzie terminowałem przez kilka miesięcy. W trakcie kolejnej „odwilży”, przy nieocenionej pomocy dyrektora Wagnera, udało mi się uzyskać zgodę na podjęcie pracy w Zdunowie. Traktowałem to jak dar od niebios, gdyż wreszcie mogłem zacząć uprawiać ukochaną chirurgię, choć moja wiedza z konkretnej dziedziny chirurgii klatki piersiowej była, jak już mówiłem, czysto teoretyczna. Szczęśliwie okazało się, że w oddziale kierowanym przez dra Frycza są doskonałe możliwości rozwoju, a starsi koledzy z ordynatorem na czele są świetnymi torakochirurgami, od których można się mnóstwo nauczyć. Później pojawiły się możliwości zmiany pracy ale widząc, pod jak dobre skrzydła trafiłem, nawet nie rozważałem ich na poważnie, decydując się związać swoje losy z naszą jednostką.
- Gdy zaczynałem pracę w szpitalu, jednostka mimo formalnej nazwy „de facto” była jeszcze po części sanatorium. Chorzy leżeli w szpitalu długo, wykonanie badań laboratoryjnych po południu było nieomal niemożliwe, rytm dnia regulował autobus dowożący pracowników z centrum miasta. Zycie w szpitalu toczyło się zdecydowanie leniwiej niż obecnie, leczyliśmy w skali roku znacznie mniej chorych. Na oddziale torakochirurgii wykonywano ok. 100 operacji rocznie, podczas gdy obecnie ich liczba przekracza 700 w skali roku. Otwarcie oddziału wewnętrznego i przyjście znakomitych lekarzy (że wspomnę choćby dra Marka Sella czy Zbigniewa Kowalewskiego) zdynamizowało szpital, który powoli przekształcał się w nowoczesną specjalistyczną placówkę leczniczą. Kolejnym impulsem do rozwoju były dodatkowe środki z budżetu centralnego oraz funduszy unijnych, które pozwoliły na istotne doposażenie szpitala w bardzo nowoczesny sprzęt diagnostyczny i leczniczy. Doceniając zasługi poprzednich pokoleń dyrektorów i pracowników szpitala mogę z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że szpital sprzed 23 lat a teraz to nieomal dwie różne jednostki. Trzeba dodać, że nie ma innego wyjścia, jak tylko dalszy rozwój szpitala w kierunku wysokospecjalistycznej jednostki, zgodnie z zasadą „kto się nie rozwija, ten się cofa”. - Oprócz funkcji Ordynatora Chirurgii Klatki Piersiowej i Dyrektora Szpitala pełni Pan szereg innych funkcji w innych instytucjach i organizacjach, także międzynarodowych. Jest Pan także radnym. Jak znajduje Pan czas na wszystkie obowiązki? - Muszę przyznać, że jest to coraz trudniejsze, a było zupełnie niemożliwe bez ogromnego wsparcia ze strony moich współpracowników oraz tolerancji rodziny. Udało się nam wypracować przez te lata pewien styl pracy polegający na wzajemnym zaufaniu oraz delegowaniu różnych zadań do poszczególnych osób ze sporym marginesem swobody decyzyjnej, co przeważnie owocuje wywiązaniem się z nałożonych obowiązków lepiej od oczekiwań. Nowoczesne media umożliwiają nam łączność w obrębie dyrekcji o każdej porze i z każdego miejsca na świecie, a zasada pracy zespołowej powoduje, że udaje nam się zrealizować nałożone zadania nie tylko terminowo, ale często na poziomie trudnym do osiągnięcia przez inne szpitale. Powtarzam, nie byłoby to możliwe bez grona oddanych współpracowników oraz akceptacji całej załogi szpitala. Oczywiście zdarzają się spiętrzenia zadań i obowiązków przyprawiające o ból głowy, ale to jest niestety rzeczywistość większości dyrektorów, tak więc nie należy się skarżyć.
- Myślę, że obecnie jest to poza wszelką dyskusją, choć w przeszłości prowadzono dziwne rozmowy dotyczące przyszłości szpitala, podszyte ewidentnie niedobrymi intencjami, nie podpartymi rzetelną analizą potrzeb zdrowotnych w mieście i regionie. Jesteśmy dużą jednostką, świadczącą niejednokrotnie unikalne usługi dla całego regionu, niespotykanie nigdzie indziej w promieniu kilkuset kilometrów (np. torakochirurgia) Jesteśmy największym ośrodkiem pulmonologicznym i ortopedycznym na Pomorzu, zaś chirurgia ogólna jest jedynym tego typu oddziałem na prawobrzeżu Szczecina. Nie obawiamy się proponowanej ustawy o sieci szpitali, gdyż mamy pewność, że unikalny wysokospecjalistyczny charakter szpitala oraz wysoka jakość świadczonych tutaj usług są najlepszymi gwarantami spokojnej przyszłości. - Co czeka w najbliższej przyszłości Szpital? Jakie zmiany w funkcjonowaniu są planowane? - Szpital stara się obecnie o pozyskanie dużego grantu z Unii Europejskiej, który pozwoli nam zbudować nowe skrzydło szpitala oraz odnowić istniejące, co z jednej strony zapewni nam na długi okres właściwe zaplecze operacyjne (gdyż obecna ilość sal operacyjnych powoli staje się niewystarczająca), z drugiej zaś pozwoli dostosować jednostkę do wymogów ustawy o standardach obowiązujących szpitale, która zacznie obowiązywać od 2010 roku. Między innymi wzbogacimy się o lądowisko na dachu nowej części szpitala z windą prosto na sale operacyjne, co wreszcie zapewni właściwe warunki transportu dla ciężko rannych ofiar wypadków. Plany są gotowe, rozmowy zaawansowane, ale nie chcę zapeszać przed ostatecznym podpisaniem grantu. Dalej będziemy musieli dbać o utrzymanie i poprawianie standardów jakościowych itd. Zadań jest sporo i zajęcia nie zabraknie, ale wierzę głęboko, że szpital, na trwałe wpisany w rzeczywistość naszego miasta i regionu, dalej będzie się harmonijnie rozwijał na pożytek pacjentów. Dziękuję za
rozmowę.
Wywiad z
panem Edwardem Dziedziakiem, byłym dyrektorem szkoły, który pełnił tę
funkcję przez 25 lat. Rozpoczął Pan pracę w Wielgowie w 1955 roku. Jakie były początki Pańskiej kariery zawodowej i jak trafił Pan do naszej miejscowości? Kiedy po wojnie rozpoczynano pracę oświatową na Pomorzu Zachodnim, brakowało nauczycieli. Powiadomił mnie o tym listownie, mieszkałem wówczas w Tarnowie, mój znajomy. Zachęcony przez niego przyjechałem z żoną do Szczecina w 1946 roku. Zanim trafiłem do Wielgowa, kierowałem szkołą średnią w Nowogardzie, później pracowałem w Liceum Pedagogicznym w Myśliborzu, aby po kilku latach wrócić znów do Nowogardu na stanowisko dyrektora powstającego tu Liceum Pedagogicznego. Jak wspomina Pan pierwsze lata w Wielgowie? Z jakimi trudnościami musiał Pan sobie radzić jako dyrektor? Dyrektorem zostałem w 1957 roku i na tym stanowisku przepracowałem do 1982 roku. A początki były trudne... Najwięcej kłopotów sprawiały nam warunki lokalowe. Szkoła mieściła się w trzech oddalonych od siebie budynkach, między którymi przemieszczało się 7 nauczycieli kilka razy dziennie. Zmiana nastąpiła, gdy wybudowano nową szkołę, w której się obecnie znajdujemy. To prawda. Do dziś nie wiem, który z moich argumentów wpłynął na decyzję władz Szczecina, wydających zgodę na wybudowanie nowej szkoły. W centrum miasta nie było żadnego nowego budynku szkolnego, a tu w Wielgowie, na peryferiach stanęła nowowybudowana szkoła. Trzeba przyznać, że tempo robót było imponujące. Zaczęto budowę w sierpniu 1958 r., a już w następnym roku, we wrześniu zadzwonił w tych murach pierwszy dzwonek. Proszę coś opowiedzieć o kadrze pedagogicznej. Nauczyciele nie mieli wystarczających kwalifikacji. Uczyć mógł każdy uzdolniony, który ukończył przynajmniej szkołę podstawową oraz kurs pedagogiczny. W trakcie pracy musiał się jednak dokształcać. Mimo to pamiętam z tamtego okresu ogromne zaangażowanie uczniów i nauczycieli w życie szkoły i środowiska. Przykładem może być klub sportowy i kino „Marzenie", które powstały dzięki wspólnej pracy uczniów i ich wychowawców. Jak oceniłby Pan siebie jako Dyrektora? Byłem wymagający dla uczniów i nauczycieli. Jedni i drudzy czuli przede mną respekt. Moja dewiza brzmiała: każdy musi pracować intensywnie i twórczo. Wymagałem tego zwłaszcza od kadry pedagogicznej. Zaowocowało to na przykład powstaniem klasy dla dzieci niedostosowanych społecznie. Utworzyliśmy 15-osobową klasę dla chłopców sprawiających trudności wychowawcze. Prowadził ją mocną ręką pan Kazimierz Mazur. Dotychczas nie słyszałem, żeby któryś z tych uczniów zszedł na złą drogę. Być może niektórzy pamiętają, że w Wielgowie istniała Zasadnicza Szkoła Ogrodnicza. Funkcjonowała ona aż do mojego odejścia, do 1982 roku. Pańska praca została doceniona licznymi odznaczeniami i dyplomami. Które z nich jest dla Pana najcenniejsze? Wielokrotnie otrzymywałem odznaczenia. Wśród nich jest Krzyż Kawalerski, Złoty i Srebrny Krzyż Zasługi i inne, ale najcenniejsza dla mnie jest nagroda Prezydenta m. Szczecina, którą otrzymałem w 1963 roku za zasługi dydaktyczno-pedagogiczne. Również cenię sobie wpis do Księgi Zasłużonych dla m. Szczecina, którego dokonano w 1976 roku. Jako pedagog obserwuje Pan uważnie młodzież. Czy dostrzega Pan różnice między nami a naszymi rówieśnikami z lat ubiegłych? Różnica jest zauważalna. Przede wszystkim uczniowie z lat ubiegłych mieli ogromny szacunek dla cudzej pracy. Kiedy oddano do użytku nowy budynek szkolny to przez 10 lat na ścianach nie było żadnej skazy, żadnego rysunku. Taka postawa dzieci to w dużej mierze zasługa nauczycieli, którzy już wówczas uczyli szacunku dla innych i miłości do Ojczyzny, nie tylko na swoich lekcjach, ale także podczas akademii i uroczystości szkolnych. Czy różniły się one czymś od dzisiejszych? Były bardzo patriotyczne i uczniowie chętnie w nich uczestniczyli. Akademie przebiegały w odświętnej i podniosłej atmosferze. Nie zdarzyło się, by ktoś odmówił wzięcia udziału w imprezie. Wydaje się, że uczniowie byli wówczas bardziej zdyscyplinowani, bo nawet na przerwach zachowywali się inaczej niż obecnie. Dla młodszych dzieci często organizowano na korytarzu zabawy. Pracował Pan z tyloma uczniami. Czy jakiś rocznik, a może konkretny uczeń utkwił Panu w pamięci? Jednym z najlepszych uczniów był pan Jarmusz, obecny radny miasta Szczecina. Był przewodniczącym Samorządu Uczniowskiego. Oprócz niego w szkole uczyło się wielu zdolnych uczniów. Pamiętam Michała Zeńczaka i jego brata, rodzeństwo Fryczów, Janowskich. Czy utrzymuje Pan kontakty z absolwentami szkoły? Oczywiście. Większość z nich nadal mieszka w Wielgowie. Z niektórymi spotykam się podczas obrad Osiedlowego Samorządu Mieszkańców, którego jestem przewodniczącym. Z innymi spotykam się w szkole, do której wracają już w nowych rolach - nauczycieli lub rodziców. Dziękujemy za rozmowę.
Sylwetka ks. Jacka Kochańskiego, który w parafii w Wielgowie pracuje od 1 sierpnia 1968 roku. Urodził się on dnia 4 lutego 1919 roku miejscowości Roś koło Grodna. W 1936 roku wstąpił do nowicjatu salezjańskiego w Czerwińsku n. Wisłą, gdzie 2 sierpnia 1937 roku złożył swą pierwszą profesję zakonną. Studia filozoficzne odbył w Marszałkach w latach 1937 - 1939. Praktykę duszpasterską miał odbyć w Czerwińsku n. Wisłą, gdzie dotarł, jednak wybuch II wojny światowej spowodował, że przełożeni nakazali mu wyjechać do Sokołowa Podlaskiego. Przebywał tam do roku 1940. Później był jeszcze asystentem w Warszawie w domu dla sierot przy ul. Litewskiej 14 (1940 - 1942). Po odbyciu asystencji otrzymał polecenie udania się do studentatu teologicznego w Krakowie. Święcenia kapłańskie przyjął dnia 9 czerwca 1946 roku w Oświęcimiu z rąk bpa Stanisława Rasponda. Po święceniach został skierowany do pracy w Rumii (1946 -1948). Jako, że ks. Jacek znany był z zamiłowania do muzyki przełożeni skierowali go pracy w Warszawie, gdzie podjął naukę w konserwatorium muzycznym. Po jego ukończeniu rozpoczął pracę w Woźniakowie k. Kutna (1952 - 1954). Kolejnymi placówkami były: Oświęcim (1954 - 1955), Przemyśl (1955 - 1957), Ląd n. Wartą (1957 - 1958), ponownie Rumia (1958 - 1959). Kolejnym miejscem pracy ks. Jacka była Łódź, gdzie pracował w parafii Św. Teresy (1959 - 1962) a następnie w domu przy Św. Barbary (1962 - 1967). Następną placówką był Różanystok (1967 - 1968). Na każdej z powyższych palcówek ks. Jacek pracował jako duszpasterz i jednocześnie ceniony muzyk uczący gry na instrumentach i śpiewu oraz prowadził chóry. Od 1968 roku po dziś ks. Jacek pracuje w parafii Św. Michała Archanioła w Szczecinie czynnie angażując się w posługę duszpasterską i prowadząc aktywną działalność muzyczną. W obecnym, 2006 roku ks. Jacek Kochański obchodził 60-cio lecie swojej pracy duszpasterskiej.
Ciekawi ludzie zamieszkali w mojej miejscowości
Rysunek 1: Na podstawie książki Jarosława Waniorka - „Obrona Lwowa”. Relacje Uczestników.
Po odzyskaniu niepodległości, tradycje legionowe i Związku Strzeleckiego, były w Rześnie nadal pielęgnowane. Byli uczestnicy walk należeli teraz do straży pożarnej, byli członkami orkiestry i wielu z nich nadal było rolnikami.
Młoda Katarzyna należała do Koła Gospody. Gromadziło ono kobiety wiejskie, które pod kierownictwem młodych nauczycieli państwa Jasińskich, organizowały jasełka, przedstawienia okolicznościowe, zabawy wiejskie, uczyły się robótek ręcznych, wymieniały się przepisami kulinarnymi. Moja ciocia do dzisiaj pamięta patriotyczną pieśń, którą mi podyktowała: „Kto Cię wołał
Legionisto,
W 1930r., w wieku 21 łat, Katarzyna wyszła za mąż za Tomasza Jastrzębskiego, rolnika z Rzęsnej. W ślubnym wianie, znalazły się 4 hektary ziemi, na której młodzi gospodarowali do czasów wojny. W wyniku układów jałtańskich i poczdamskich Lwów znalazł się w granicach Związku Radzieckiego. Małżeństwo Jastrzębskich, podobnie jak i wielu Polaków mogło pozostać na miejscu i żyć w innym państwie lub zdecydować się na tułaczkę w nieznane. Zdecydowali się na wyjazd na Ziemie Zachodnie. Ze wspomnień pani
Katarzyny Jastrzębskiej: W 1972r.zmarł mąż Tomasz, z którym Katarzyna przeżyła 42 lata w niezwykłej harmonii. Niestety, nie doczekali się potomstwa.
Mimo podeszłego wieku, moja ciocia cieszy się nadal dobrą pamięcią i zdrowiem. Jest moją daleką krewną, którą bardzo kocham. Lubię rozmawiać z ciocią Katarzyną, ponieważ dzięki tym rozmowom poznałam niektóre wydarzenia historyczne XX wieku, o których ja w przyszłości opowiem moim potomkom. Autor: Lilianna
Żukocińska Reedycja, poprawki: Paweł „V-12” Ruczko
|
||||||
|
| Strona Główna | Skąd się wzięliśmy | Dzień dzisiejszy | Ulice | Kalendarium | Nasza Biblioteka | Historyjki | Nasze władze | Szpital w Zdunowie | Nasza parafia | Oratorium | SWE | Przedszkole | Nasza szkoła | Poczta | MOS1 | Ciekawi ludzie | Cmentarze | Uczniowski Klub Sportowy | Kącik Kulinarny | Poznajmy się | Plan zagospodarowania | Rozkład jazdy ZDiTM i PKP | Wyprawy | Felietony | Galeria starych zdjęć | Galeria zdjęć szkoły | Galeria Wielgowo | Galeria okolice | Galeria zdjęć mieszkańców | Ogłoszenia | Linki | Księga Gości | |