|
Znacie? Znamy! To
posłuchajcie...
Opowieści oparte na prawdziwych zdarzeniach,
zarówno współczesnych, jak i sprzed xxx lat. Czasem wydają się śmieszne,
czasem tragiczne. Wszystkie mają wspólną cechę. Przedstawione historie
rozegrały się w Wielgowie lub najbliższej okolicy, albo przydarzyły się
mieszkańcom. Tutaj może być też Twoja opowieść. Napisz ją i przyślij do
mnie, a ja umieszczę tę historyjkę, czy ciekawostkę tutaj. Zapraszam wszystkich do
współpracy.
Zasłyszane od mamy. Był maj 1946 roku. Na
dworzec kolejowy w Stargardzie wjechał pociąg z powracającymi zesłańcami z
Sybiru. Wszyscy byli głodni i wyczerpani długą jazdą. Od ostatniego postoju
pociągu mijało prawie 20 godzin. Ogłoszono dłuższy postój. Dziadek wraz z
innymi wyszedł z wagonu, aby przynieść coś do jedzenia. Stargard nie
jest duży, więc nie można się zgubić. Szedł przez miasto zaglądając na
podwórza kamienic. Po jednym z podwórzy chodził sobie koń. Rodzina dziadka
przed wojną miała gospodarstwo rolne, więc dziadek schwytał tego konia.
Poszedł dalej prowadząc go. Napotkał rosyjskich żołnierzy, którzy zabrali mu
tego konia, a dziadka aresztowali za kradzież. Prowadzili go ulicą i
spotkali innych żołnierzy, którzy wynosili z jakiegoś budynku paczki i
skrzynie i ładowali wszystko na samochody ustawione w rzędzie na ulicy.
Żołnierze zagonili dziadka do pomocy. Dziadek podczas wynoszenia skrzyń
zdołał jednak uciec na podwórze po drugiej stronie budynku. Stał tam ręczny
wózek załadowany krzesłami. Dziadek wziął ten wózek i udał, że wywozi te
krzesła, aby je też załadować. Troszkę nieuwagi żołnierzy wystarczyło, aby
dziadek z wózkiem uciekł. Po dotarciu na stację kolejową okazało się, że
dziadek przywiózł 16 krzeseł. Mimo protestów rodziny krzesła te pojechały z
nimi dalej, a dwa z nich stoją w pokoju do dzisiaj i przypominają historię o
tym, jak to mój dziadek zamiast jedzenia przywiózł krzesła.
nadesłał waldi
Historia ta, opowiedziana przez mieszkankę
Wielgowa, wydarzyła się w latach pięćdziesiątych minionego wieku. Moja
rozmówczyni miała wtedy około piętnastu lat i mieszkała w Reptowie.
Był październikowy wieczór. Kobieta wracała z nabożeństwa różańcowego z
pobliskiej Kobylanki. Co prawda w Reptowie istniał zabytkowy kościół, ale w
tamtych latach odprawiano w nim msze tylko co dwa tygodnie w niedzielę.
Dlatego też młodzież chodziła na różaniec do sąsiedniej wsi.
Moja rozmówczyni wracała z kościoła bez koleżanek, ale otuchy dodawała jej
obecność znajomego, który przypadkiem szedł tą samą drogą, oddalony o kilka
metrów. Byli już w Reptowie i właśnie przechodzili obok cmentarza. Stary
niemiecki cmentarz znajdował się w pobliżu tamtejszej świątyni. Przez kilka
lat po wojnie był używany, później jednak Polacy nie chowali na nim już
swoich zmarłych.
W pewnym momencie kobieta zauważyła dużego, kudłatego czarnego psa, który
wielkimi susami pędził wprost na nią. Zwierzę miało na szyi obrożę z
dzwonkiem. Moja rozmówczyni, przestraszona, odwróciła się do znajomego:
- Widzisz psa?! - zapytała.
- Jakiego znowu psa? - zdziwił się mężczyzna. - Nie było tu żadnego psa.
Kobieta zaczęła się rozglądać, ale tajemnicze zwierzę znikło już w
ciemnościach.
Wśród mieszkańców Reptowa okolice cmentarza od dłuższego czasu miały złą
sławę; ludzie widywali tam bardzo często wielkiego czarnego psa, który miał
zwyczaj pojawiać się niespodziewanie i równie nagle znikać. Krążyły także
opowieści o tułającym się w pobliżu duchu zamordowanego młodego mężczyzny w
dziwnych butach - "kopytkach". Nikt jednak nie potrafił powiedzieć, czy
nieznajomy zginął w czasie wojny, czy też wcześniej. Podobno aktywność
gościa z zaświatów skłoniła wreszcie księdza do odprawienia egzorcyzmów (lub
też po prostu poświęcenia) okolic starego kościoła i poniemieckiego
cmentarza. To położyło wreszcie kres odwiedzinom widma.
nadesłała Konstancja
Podobno kłopoty z duchami mieli krótko po wojnie
także mieszkańcy jednego z położonych w Reptowie domów; po zmroku coś
włóczyło się tam po podwórzu i stukało do okien. Zagadka doczekała się
rozwiązania, gdy podczas prac gospodarskich znaleziono zwłoki dwojga ludzi.
Spoczywali w jednym płytkim dole tuż za stodołą. Pochowano ich na cmentarzu
i odtąd w obejściu jakoby zapanował spokój. Nie powstrzymało to jednak
mieszkańców domu od wyjazdu ze wsi. Jak wieść niesie, wrócili we własne
strony rodzinne, w okolice Poznania. Nie wiadomo, czy do tej decyzji
przyczyniły się dziwne wydarzenia, których byli świadkami.
nadesłała Konstancja
Gdy moi krewni przyjechali do Wielgowa w marcu
1946 roku, miejscowość przypominała cmentarz pocięty okopami. W lasku, który
obecnie rozciąga się między szkołą a torami kolejowymi, były okopy dla
czołgów. Przy końcu ulicy Wiślanej, w lesie, znajdowała się zbiorowa mogiła
wojskowa. Później zwłoki zostały ekshumowane i obecnie niewielu ludzi zdaje
sobie sprawę, skąd się wzięły głębokie doły w tamtym miejscu. Krótko po
wojnie żołnierze w naszej miejscowości mieli mnóstwo pracy ze zbieraniem i
grzebaniem ciał poległych.
Jesienią pierwszego roku swojego pobytu w Wielgowie moi krewni wybrali się
na grzyby. Podczas wędrówki po lesie dotarli w okolice drogi wiodącej do
Załomia. Tam, ku swej zgrozie, natknęli się na liczne ciała żołnierzy, które
nadal tkwiły w okopach. Jak łatwo się domyślić, grzybiarze dość pospiesznie
przenieśli się w inne miejsce.
Muszę przyznać, iż moja rodzina w tamtym okresie nie miała szczególnego
szczęścia do grzybobrania; gdy tylko próbowali upolować kilka prawdziwków,
znajdowali w okolicznych lasach niepochowane zwłoki. Raz zabłądzili aż do
nieistniejącej obecnie osady położonej w lesie między Wielgowem i Dąbiem.
Wówczas były tam jeszcze opuszczone domy. Gdy zaglądali do budynków,
przekonali się, iż wewnątrz stoi woda. Nad wszystkim unosił się odrażający
fetor; w dalszym ciągu leżały tam ciała zabitych. Wrażenie musiało być
doprawdy okropne, skoro moi krewni, którzy wszak nie byli wrażliwymi
pensjonarkami, co prędzej odeszli z wymarłego osiedla.
nadesłała Konstancja
Dopisek mój: W historyjce tej
chodzi o osiedle Dunikowo (Franzhausen). Niepochowane zwłoki zabitych były były tam aż do
wiosny 1947 roku. Podobnie w pobliskiej osadzie Rosengarten Plantage w
ruinach budynku nieopodal wytwórni ultramaryny do wiosny 1947 roku
znajdowały się zwłoki niemieckiej kobiety.
Niektóre z budynków w Wielgowie i w okolicach
padły ofiarą działań wojennych. Ale były też takie, które wysadzili w
powietrze sami Polacy, już po wojnie. Jak była przyczyna tych działań?
Pierwszym polskim mieszkańcom osiedla nie zależało na przybyciu zbyt
licznych osiedleńców. Więcej osadników oznaczałoby konieczność podzielenia
ziemi uprawnej pomiędzy większą liczbę osób, a zatem każdemu przypadłoby
mniej gruntów. Przedsiębiorczy Polacy uznali, że jeśli nie będzie pustych
domów, nikt nowy nie zamieszka w Wielgowie. Przez pewien czas eksplozje
rozlegały się tutaj niemal codziennie - to, jeden za drugim, niszczone były
ocalałe z wojny budynki. Cegły zapewne pojechały na odbudowę Warszawy...
nadesłała Konstancja
W
latach 50-tych ubiegłego wieku, pewna młoda, szczupła i długowłosa blondynka
wybrała się z koleżanką na zbiór dorodnych szyszek. Po długich i bezowocnych
poszukiwaniach dowiedziały się, że najpiękniejsze szyszki rosną koło muru
cmentarza w Wielgowie. Ponieważ szyszki były potrzebne "na wczoraj" mimo
zapadającego zmroku poszły tam, gdzie szyszki miały być "na bank". Jaka była
ich radość, kiedy okazało się , że wiadomości były prawdziwe i szyszki
przepiękne, oraz bardzo dorodne są. Fakt, faktem, że rosły trochę za wysoko,
by można było zerwać je z ziemi, ale nie ma rzeczy niemożliwych dla dwóch
dzielnych poszukiwaczek szyszek. Koleżanka podsadziła naszą bohaterkę, by ta
mogła dosięgnąć upragnionego łupu. Nasza wiotka blondyneczka podniosła ręce
do góry, by uchwycić szczególnie dorodny okaz. Już go prawie miała gdy...
pobliską drogą nadjechał wóz ciągniony przez konia, któremu pachniał już
owies w stajni, kierowany przez woźnicę, któremu bardzo śpieszyło się do
domu. Było już po zachodzie słońca, okolica mało przyjemna, a sąsiedztwo
cmentarza wpływało bardzo stresująco. Rozglądał się więc gospodarz nerwowo
wokół siebie i starał się jak najszybciej minąć cmentarz. Jakie wielkie było
jego przerażenie, gdy zobaczył, że koło muru cmentarza unosi się delikatna
jasna postać z rękoma wzniesionymi wysoko, by ulecieć w górę. Woźnica
przeżegnał się tylko , pogonił batem zmęczonego konia i popędził ile sił w
końskich kopytach do domu, do ludzi, do życia, bardzo przestraszony.
Dziewczęta wystraszone reakcją woźnicy bez szyszek wróciły szybciutko do
sanatoryjnego internatu nikomu nic nie mówiąc o wyprawie. Następnego dnia
rano w czasie śniadania o duszyczce wznoszącej się ku niebu opowiadano
bardzo dużo i dodawano wciąż nowe fakty zdarzenia. Prawdziwe bohaterki całej
historii bały się przyznać, że to one są sprawczyniami całego zamieszania. A
biała dama cmentarza wielgowskiego jest żywą osobą z krwi i kości.
nadesłała bch
 Kino,
które działało przez wiele lat w Zdunowie, posiadało najczęściej zmieniany
repertuar. Seanse odbywały się bowiem dwa razy w tygodniu i zawsze były to
różne tytuły. Przez lata filmy wyświetlał p. Alfred Margiel (kierowca
szpitalnych karetek), bilety sprzedawał p. Bernard Flisikowski (pierwszy
technik rtg najpierw w sanatorium, a następnie w szpitalu), on też opiekował
się również do końca swojego życia kaplicą szpitalną, a do kina wpuszczał p.
Wiktor Rymarkiewicz (ogrodnik, który w szpitalu dbał o przepiękne klomby,
świeże warzywa). Oczywiście w kinie pracowali społecznie też inni, ale ta
trójka wpisała się najbardziej w pamięć. Czasami sala służyła też innym
celom, w niej odbywały się choinki dla dzieci pracowników, akademie z okazji
dnia pracownika służby zdrowia oraz różne koncerty. Gdy sala ze względów
bezpieczeństwa p/poż została zamknięta skończył się pewien etap historii
szpitala. A szkoda.
nadesłała bch
W
latach 70-tych mieszkałam w Zdunowie i miałam psa Puchatka. Puchciu był
wielkim przyjacielem wszystkich i wszyscy go lubili, do tego grona zaliczał
się również ówczesny dyrektor szpitala. Pewnego wiosennego dnia, do szpitala
przyjechała bardzo ważna zagraniczna delegacja. Oprowadzał ją po terenie sam
dyrektor, ubrany w śnieżnobiały wykrochmalony fartuch. Jakie było zdziwienie
i konsternacja wszystkich, kiedy nagle pojawił się ubłocony Puchatek i
podbiegł do swojego przyjaciela przywitać się. Bardzo brudnymi łapami
skoczył na biały fartuch i po spotkaniu fartuch już biały nie był, stracił
bowiem wiele na czystości. Dyrektor głaszcząc Puchcia jednocześnie się do
niego próbował odgonić, ale ten sądził, że to zabawa. Po chwili pies pobiegł
w swoją stronę, a dyrektor pozostał z bardzo ważną delegacją w bardzo
brudnym fartuchu. Z szacownego grona nikt nie był obrażony zdarzeniem,
przeciwnie wprowadziło ono element humorystyczny i pozwoliło przełamać
wzajemną nieufność i sztywność. Tak to Puchatek wniósł swój wkład w
nawiązanie stosunków międzynarodowych na swoich ubłoconych łapach.
nadesłała bch
Przez
wiele lat na ścianie budynku szpitala wisiała pamiątkowa tablica. Pojawiła
się ona, aby przypominać mieszkańcom i pacjentom o wydarzeniu, które miało
miejsce tuż po wojnie. Kiedy osiedleńcy przybywali, aby w nowym miejscu
założyć dom i rozpocząć nowe życie, przyjeżdżali też inni: szabrownicy.
Chcieli oni na ludzkiej niedoli wzbogacić się szybko i bez skrupułów. Było
to zajęcie może popłatne, ale jednocześnie niebezpieczne. Osiedleńcy bronili
bowiem swojego dobytku, a pomagała im w tym milicja obywatelska. W czasie
jednej z takich akcji został ranny jeden z rabusiów, który po pomoc
przyszedł do sanatorium. Milicja deptała mu po piętach i szli tuż za nim.
Nikt się nie spodziewał jednak, takiej reakcji rannego bandyty na widok
milicjanta na schodach budynku. Strzelił on bowiem przez okno, zabijając go
na miejscu. Rabusiem okazał się poszukiwany listem gończym bardzo groźny
bandyta i morderca, który miał na sumieniu wiele poważnych przestępstw. Aby
upamiętnić milicjanta, który w obronie mienia osiedleńców oddał swoje życie
powieszono tablicę pamiątkową. Umieszczono na niej nazwiska tych
milicjantów, którzy zginęli w tamtym okresie. Wisiała ona przez wiele lat, w
dzień Wszystkich Zmarłych i w dzień wyzwolenia Szczecina uczniowie szkoły
podstawowej nr 13, harcerze, pacjenci i pracownicy zapalali pod nią
świeczki, składali wiązanki kwiatów. Tak było przez wiele lat, aż do czasów,
kiedy milicja obywatelska zmieniła się w policję i ludzie, których
upamiętniała stali się niepoprawni politycznie. Tablica została zdjęta. A
szkoda, ponieważ historia naszego narodu jest jaka jest i wszelkie
przemilczenia nie są nam potrzebne. Zdjęto bowiem z muru, kawałek historii
naszych ziem.
nadesłała bch
Przez
wiele lat w sanatorium działały dwa kluby: Klub "Pod szóstką" dla
pracowników oraz klubokawiarnia mieszcząca się na oddziale szóstym. Klub
"Pod szóstką" rozpoczął swoją działalność w roku 1958. Pierwszym prowadzącym
przez bardzo krótki czas był p. Romuald Klimczewski, następnie p. Michał
Baran. Za jego kadencji działalność klubu bardzo się rozwinęła. W swoich
progach gościł wielu znanych z kina i telewizji aktorów na tak zwanych
wieczorkach aktorskich. Tam też odbywały się zabawy sylwestrowe, zajęcia
kółka fotograficznego itp. Obecnie klub ten od dawna już nie działa, a
szkoda, ponieważ w pewien sposób jednoczył pracowników sanatorium, a
następnie szpitala. Klubokawiarnia łącząca kiosk ruch-u i kawiarnię mieściła
się na oddziale szóstym. Swoją działalność rozpoczęła w roku 1970 i
prowadzącymi byli p. Henryka Malinowska i p. Tadeusz Malec. Placówka ta
powstała na bazie bufetu, który okazał się nierentowny. Klubokawiarnia pod
patronatem Ruchu okazała się lepszym rozwiązaniem. Obecnie sprywatyzowana
została przeniesiona na miejsce byłej stołówki pracowniczej.
nadesłała bch
W
latach 60-tych ubiegłego wieku w okolicach nocy świętojańskiej nad rzeką
Płonią odbywały się tajemnicze misteria. Rozpoczynało się to od wymarszu ze
Zdunowa już po zapadnięciu zmroku, więc raczej w późnych godzinach nocnych.
Po dotarciu na miejsce, tam gdzie obecnie znajdują się ogródki działkowe,
zapalane były lampiony i wielkie ognisko. Były tam śpiewane "Pieśni
dziadowskie" pisane specjalnie na tą okazję opisujące w żartobliwy, a
niekiedy nawet kąśliwy sposób życie i personel Sanatorium. Około północy
następował przemarsz z lampionami nad sam brzeg rzeki Płoni, gdzie w toń
były spuszczane wianki przeróżnych kształtów i wielkości. Na każdym
umieszczona była zapalona świeczka, tak że po kilkunastu minutach rzeka
wyglądała cudownie. Oczywiście były przeprowadzane konkursy na
najpiękniejszy wianek. Po powrocie do ogniska było pieczenie kiełbasek,
ziemniaków i popijanie różnych małmazyii. Na betonowej płycie, która
pozostała po jakimś zburzonym obiekcie, były tańce do wczesnych godzin
porannych. W tych misteriach uczestniczył prawie cały personel Sanatorium.
nadesłał jfr
  Przez
wiele lat w sanatorium, a następnie szpitalu funkcję św. Mikołaja pełnił na
wszystkich imprezach choinkowych p. Bernard Flisikowski. Wiele roczników
dzieci pracowników śpiewało, tańczyło i recytowało wierszyki, aby tylko
otrzymać upragnioną paczkę ze słodyczami. Jak bardzo emocjonalnie
zaangażowany był pan Bernard w rolę św. Mikołaja najlepiej świadczy fakt, że
gdy już szpital nie organizował zabaw dla dzieci, wówczas sam przyszykowywał
paczuszki dla dzieci sąsiadów i w pełnym rynsztunku Mikołaja chodził z
życzeniami. Pan Bernard już nie żyje, ale wiele osób w różnym wieku z
uśmiechem życzliwości i nostalgii wspomina św. Mikołaja z workiem pełnym
prezentów.
nadesłała bch
Kolejna
zdunowska historyjka: Co jakiś czas przyjeżdżali do Zdunowa cyganie, aby
pobielić kanki na mleko, jakieś kotły i coś tam jeszcze. Rozlokowywali się
najczęściej za starą stolarnią, tam gdzie później został wybudowany garaż
dla autobusu. Rozpalali wielkie ognisko, smarowali naczynia tajemniczymi
miksturami i wkładali do ognia. Pewnego dnia, gdy cyganie po swojemu
zawzięcie dyskutowali, podszedł pan Malinowski, który w tym czasie był
kierownikiem warsztatów. Postał chwilę, posłuchał i zaczął do nich
przemawiać w ich rodzinnym języku. Natychmiast się uciszyli, a sądząc po
tonie pana Malinowskiego to nie była to jakieś serdeczne pozdrowienia, a
pewnie oni też nic pochlebnego nie mówili. Od tej pory zawsze jak na
horyzoncie pojawiał się pan Malinowski wśród cyganów zapadała cisza.
nadesłał jfr
Sala
kinowa, jak już pisała bch, służyła nie tylko jako kino czy kaplica, ale
również do organizowania różnych imprez okolicznościowych. Odbywały się tam
bale sylwestrowe, akademie z różnych okazji i inne imprezy. Przypominam
sobie jedną z takich akademii z okazji Dnia Kobiet. Wśród wykonawców byli
oczywiście sami panowie, a na program składały się wiersze, piosenki i
melodeklamacje. Była również wystawiana parodia Hamleta, a w roli Ofelii
występował Jasiu Buczkowski. Przygotowania trwały wiele dni, a efekt był
wspaniały. Może u kogoś zachowały się jakieś zdjęcia z tej imprezy? Z salą
kinową wiąże się jeszcze jedna ciekawa sprawa. Gdzieś na przełomie lat 60 i
70 stwierdzono, że sala się rozpada - pękały ściany. Podjęto decyzję o
wzmocnieniu ich stalowymi ściągami. W warsztatach były toczone specjalne
śruby mające za zadanie napięcie stalowych prętów biegnących w poprzek
budynku. Stopień napięcia poszczególnych prętów był badany metodą na słuch -
tak jak się stroi struny np. w gitarze.
nadesłał jfr
A
to takie sobie uwagi: Ciekawe, że Zdunowo, szczególnie z tamtych 60-70 lat
miało specyficzny klimat, wielu pacjentów wyleczonych w sanatorium pobierało
się tutaj, mieszkało i pracowało w Zdunowie. Niewiele personelu dojeżdżało
ze Szczecina, część mieszkała w Wielgowie czy na Sławocieszu. Powodowało to
oczywiście, że wszyscy się dobrze znali, a środowisko było bardzo zamknięte.
Jak mawiał mój tata : "jak mówisz a..., a... bo chce ci się kichnąć, to już
masz telefon i mówią ci 'na zdrowie'".
nadesłał jfr
Jako
uzupełnienie wspomnień jfr o pobycie cyganów w Zdunowie, to ja pamiętam jaką
frajdą była obserwacja, jak dzieci cyganów były kąpane w fontannie
szpitalnej. Pisków i śmiechów było co niemiara, a tubylcze dzieci z
zazdrością patrzyły na całe wydarzenie. Bardzo przeżywaliśmy fakt, że nas
tak nie kąpano, a jeśli już ktoś, kiedyś wpadł do fontanny, to zawsze
kończyło się to "kazaniem" w domu.
nadesłała bch
Służba zdrowia to nie tylko szpital /działalność szpitala
mogłam wraz z mężem odczuć na sobie opieka jest naprawdę super mąż miał tam
operację i chwalić Boga, że się tam dostał/ PRZYCHODNIA...... kiedy się tu
wprowadziłam przepisałam dziecko do tej przychodni Choć wyglądała tak jakoś
nie szczególnie mała i sprawiała wrażenie nie profesjonalnej spotkałam się
tu z życzliwością jakiej nie spotyka się w mieście Dziś córka moja jest pod
stałą opieką lekarzy ,nigdy nie miałam najmniejszych problemów z niczym
.Jesteśmy już traktowane jak ;swoi; APTEKA ..... coś takiego mogło mi się
zdarzyć tylko tutaj Teraz po kilku latach to wiem Mając dziecko chore ,nie
miałam ,któregoś dnia pieniędzy na leki dla córki Poszłam z chorym dzieckiem
z receptami do apteki i chciałam zapytać ile będą kosztować leki aby mąż
kiedy będzie wracał odebrał je /miał pożyczyć pieniądze w pracy/
Pani, prowadząca aptekę popatrzyła na mnie i chyba się domyśliła wszystkiego
,dała mi leki bez pieniędzy /znała mnie tylko z widzenia/ Od tamtej pory
często dostawałam leki na zeszyt .Kiedy mówię moim znajomym z miasta że w
Wielgowie przeżyjesz bez pieniędzy bo tu ci pomogą nie bardzo wierzą Warunek
jest jeden ...trzeba oddać dług ale nie wszyscy to respektują
nadesłała ER
Chciałabym parę słów dodać na temat PRZEDSZKOLA wprawdzie już
moje dziecko chodzi do szkoły ale jeszcze dziś pamiętam radość kiedy do
niego szła co ja mówię szła ,ona biegła radośnie do niego przebierając
nogami przed wyjściem i poganiając mnie do wyjścia. Panie przedszkolanki to
były /chyba są te same nie wiem/prawdziwe ciocie /tak mówiły do nich
dzieci/.Wiem co mówię ,pamiętam przedszkola do których moje dziecko chodziło
przedtem .Ryk kiedy ją zawoziłam ryk kiedy odbierałam tylko tak można
nazwać płacz mojego dziecka a wszystko to zmieniło się jak za dotknięciem
czarodziejskiej różdżki ,kiedy wprowadziliśmy się do Wielgowa .Już w pracy
nie siedziałam jak na szpilkach myśląc co się dzieje z moim dzieckiem
.Odbierałam dziecko wesołe podskakując szła do domu .Teraz przedszkole i
ciocie są miłym wspomnieniem za co dziękujemy całą rodziną.
nadesłała ER
|