|
Powrót na stronę główną
Praca ta powstała na konkurs pod
hasłem "Czy znasz swoje miasto, wieś, region" o nagrodę marszałka woj.
zachodniopomorskiego. Została też doceniona - p. Magdalena otrzymała za nią
wyróżnienie z rąk marszałka
Za udostępnienie dziękuję
Magdalena Jakubowska
MOJE MIEJSCE NA ZIEMI - HISTORIA
POWOJENNEGO WIELGOWA
Szkoła: Gimnazjum Nr 31 w
Szczecinie
Opiekun: mgr Teresa Staranowicz
Data wykonania: 20 listopada 2000 r.
... Stacja Augustwalde.
Przeraźliwy pisk kół hamującego pociągu... Otwarto drzwi. W głębi wagonów
spłoszone spojrzenia ludzi- pierwszy transport przesiedleńców, zaledwie
garstka. To jednak wystarczyło, aby zapoczątkować powojenną historię
polskiego Wielgowa.
Rok 1945 był dla Polaków okresem zarówno szczęśliwym, jak i pełnym
wyrzeczeń, ale na pewno przełomowym. „Nareszcie koniec wojny. Teraz nadejdą
lata spokoju”- myślało wielu naszych rodaków. I mieli rację, lecz ten spokój
dla niektórych oznaczał wyjazd z rodzinnych stron. Musieli zostawić swój
dobytek, miejsca, które chętnie odwiedzali, dotychczasowe przyjaźnie. W
sercach tych ludzi zostały jednak żywe wspomnienia radośnie spędzonych chwil
z dala od problemów, z jakimi później musieli się uporać. Przybywając do
Wielichowa (dopiero w 1948 roku zmieniono nazwę na Wielgowo) czuli na pewno,
że cząstka ich duszy pozostała w rodzinnych stronach. Mieli powody do
smutku, ponieważ zastali tu pola, łąki i puste domy - jedynie parę budynków
było zamieszkanych przez obywateli rosyjskich, którzy potem przenieśli się
do swojego kraju. Powybijane szyby w oknach i nieprzyjazna atmosfera bijąca
z uchylonych drzwi bynajmniej nie zapraszały nikogo do środka. Zdołali się
mimo wszystko zaaklimatyzować dzięki silnej woli i świadomości, że w tych
okolicach spędzą prawdopodobnie resztę swojego życia. Osadnicy (głównie
warszawiacy) dostrzegli piękno tego osiedla i nie czuli się już tak bardzo
zagubieni.
Podobnie
było z dwoma następnymi transportami w 1946 r. Wyparci z własnych ziem przez
Związek Radziecki zubrzanie zostali wysłani na północny zachód Polski do
Wielichowa. Ich sytuacja była jednak lepsza, ponieważ przyjechali do wioski,
gdzie już powoli zaczynało tętnić życie. Przesiedleńcy z Warszawy przyjęli
ich serdecznie, jak swoich krewnych i zaczęli razem tworzyć szczęśliwą dużą
rodzinę. Mimo, iż nigdy nie wybaczyli wyrządzonej im krzywdy, zrozumieli, że
życie toczy się dalej i można być wesołym mimo mrocznej przeszłości. Tych
ludzi złączył wspólny los. Razem z osadnikami z Zubrzy (m. in. z
Drozdowskimi, Grabkowskimi, Adamskimi) przybył ks. kanonik Mieczysław
Bryczkowski (1863 – 1947). W dniu przyjazdu odprawił mszę, gdyż akurat
wtedy
wypadała Niedziela Palmowa. To pierwsze w Wielgowie nabożeństwo długo
pozostało w pamięci wszystkich. Niestety, kanonik zmarł rok po przyjeździe
(na fotografii obok widnieje grób księdza Bryczkowskiego na miejscowym
cmentarzu). Ksiądz Bryczkowski nauczał w małej, drewniano-murowanej
kapliczce poniemieckiej. Wybudowano ją przy dawnej ul. Miczurina (obecnie
ul. Ks. kan. M. Bryczkowskiego) obok dwóch rzędów wspaniałych kasztanowców.
Był to kościółek ze schodami wejściowymi, niewielką plebanią i kolorowymi
witrażami w oknach. Później został zburzony z braku miejsca dla wiernych.
Dzisiaj pamiątką po nim są nagie kamienie wystające gdzieniegdzie z niskiego
pagórka (fotografia po lewej).
W Wielichowie zamieszkiwali
coraz to nowi ludzie, głównie rolnicy. Zajmowali niektóre puste domy i
uprawiali ziemię. Gdy osada miała już wielu mieszkańców postanowiono wybrać
kogoś, kto dbałby o dobro wioski. Jednogłośnie obrano sołtysa. Wszystkie te
wydarzenia skupiały się w Starym Wielgowie, czyli wsi ulicówce. Zabudowania
mieściły się przy ul. Miczurina, Mickiewicza (dziś Fiołkowa). Obok
parterowych domów mieszkalnych stawiano drewniane pomieszczenia
gospodarskie. Do dziś zachowało się szesnaście budynków z czerwonej cegły
krytych dachówką. Trzeba dodać, że Wielgowo powstało ponad 200 lat temu
otoczone przez lasy Puszczy Goleniowskiej i należało prawdopodobnie do ziem
Zakonu Cystersów. Nie posiada może bardzo bogatej historii, ale z pewnością
potrafi zaciekawić kogoś, kto interesuje się rodzinnymi stronami.
Moje osiedle wyglądało kiedyś
zupełnie inaczej. Jego centrum mieściło się w Starym Wielgowie, czyli
dzisiejszej ul. Bryczkowskiego. W latach przyjazdu osadników głównym
połączeniem ze stacją była brukowana ulica Wincentego Witosa (powstała w II
połowie XIX wieku) - dziś Bałtycka - prowadząca przez pola i łąki. Obecnie
właśnie tam jest nasze małe „centrum”. Wzdłuż wyasfaltowanej jezdni położono
chodniki, a pierwszy sklep spożywczy powstał w 1947 r. W „Nowym Wielgowie”
działa poczta, wędzarnia, apteka, gabinet dentystyczny, biblioteka, szkoła i
oprócz tego około dziesięciu sklepów różnej branży. Tylko po ul. Bałtyckiej
kursuje autobus nr 62, mamy siedem przystanków. Autobusy zaczęły dojeżdżać
do Wielgowa w latach 1948- 1950. Prawie nikt nie posiadał jeszcze
samochodów, więc wcześniej trzeba było poruszać się rowerami lub wozami
zaprzężonymi w konie. Na początku życie w opuszczonej osadzie nie było
łatwe. Przesiedleńcy mogli czuć się odcięci od świata, ponieważ nie było
sposobu, aby skontaktować się z krewnymi, dopiero w latach ‘70- ‘80
podłączono im telefon. Niemcy opuszczając Wielichowo niszczyli co się tylko
dało, np. wybijali szyby w oknach, psuli ogrodzenia, żeby uprzykrzyć innym
życie. Zubrzanie i warszawiacy nie narzekali na ciężki los - mieli dostęp do
prądu. Jak już wyżej wspomniałam w Wielgowie na początku mieszkali też
Rosjanie (przed wojną również Niemcy). Niektórzy najbliżsi sąsiedzi spali w
jednym domu obawiając się napadów i kradzieży z ich strony. Pomimo tych
wszystkich niedogodności i lęków umieli się zorganizować i radzić sobie z
przeciwnościami łącząc swoje siły.
Historia szkolnictwa w moim
powojennym osiedlu sięga roku 1946. W tamtym okresie w Wielgowie nie było
dość miejsca i funduszy na wybudowanie dużej szkoły. Osadnicy musieli się
zadowolić niewielkimi pomieszczeniami. Warto zaznaczyć, iż tam, gdzie
niegdyś istniały ośrodki edukacji, obecnie w większości znajdują się ważne
dla wielgowian instytucje. Pierwsza szkoła znajdowała się w domu mieszkalnym
(opuszczonym przez Niemców) nr 17 przy ul. Miczurina. Dzisiaj zajmują go
dwie rodziny. Następnie na cele kształcenia młodzieży przeznaczono budynek
nr 33 mieszczący się przy ul. Wincentego Witosa (obecnie ul. Bałtycka).
Znajdowały się w nim cztery izby lekcyjne, pokój nauczycielski i kancelaria.
Dyrektorem był Edward Janusz, a pierwszą nauczycielką Maria Chomińska.
Niestety, nie było elektrycznego oświetlenia. Gdy budynek okazał się za mały
dla stale zwiększającej się liczby uczniów, musiano przenieść się gdzie
indziej. Do dziś funkcjonuje tam apteka. Trzecią z kolei szkołę umieszczono
w piętrowym domu przy ul. W. Witosa nr 16. Potem powstało w nim
nadleśnictwo, a teraz służy jako mieszkanie. Nie można było ciągle zmieniać
miejsca nauczania, więc zaczęto myśleć o możliwości wybudowania nowego,
dużego ośrodka będącego ostatecznym lokum szkolnictwa. W czasie, gdy zaczęto
powoli wcielać plan w życie, na cele edukacyjne zagospodarowano w roku 1956
pomieszczenia budynku obecnej biblioteki. Znajduje się ona przy ul.
Bałtyckiej nr 6. Dwa lata później, drugiego sierpnia rozpoczęto budowę nowej
szkoły. I nareszcie! Oto na specjalnie przygotowanym placu stanął żółty
budynek – Szkoła Podstawowa nr 13. Otoczono go siatką, zasadzono krzewy i
drzewa. Wydzielono teren na boisko, bieżnię, skocznię w dal i ogródki, w
których siano kwiaty, a nawet warzywa. Zebrane plony niesiono do kuchni,
gdzie panie kucharki gotowały obiad i podawały w stołówce. Autorem całego
przedsięwzięcia był pan Edward Dziedziak, pierwszy dyrektor placówki, który
w 1982 r. (po 25 latach pracy) odszedł na emeryturę. Nowa szkoła (budynek nr
1a) mieściła jedenaście sal lekcyjnych, pracownię fizyczno-chemiczną, dwa
pomieszczenia do zajęć praktyczno-technicznych, a oprócz tego szatnię,
gabinet lekarski, świetlicę oraz dwupokojowe mieszkanie pana Dziedziaka.
Instytucja prężnie się rozwijała, aż stała się wkrótce najważniejszym
miejscem w osiedlu. Odbywało się tam wiele zajęć pozalekcyjnych
przeznaczonych dla uczniów, m. in. koło rękodzielnicze, koło modelarstwa
szkutniczego, drużyna ZHP, Spółdzielnia Uczniowska „Kopciuszek”, SKS (klub
siatkówki oraz piłki nożnej), wypożyczalnia przyborów szkolnych i punkt
krawiecki przeznaczony dla mieszkańców Wielgowa. Organizowane były „Akcje
Rodzin Zastępczych”, podczas których bezpłatnie dożywiano i opiekowano się
dziećmi zagrożonymi moralnie. Nie miano na uwadze wyłącznie dobra młodzieży.
Starano się pomagać wszystkim i w tym celu istniały również zajęcia dla
dorosłych, np. kursy dla analfabetów, rolników, szkoła wieczorowa dla
pracujących. W „trzynastce” rozkwitła również edukacja kulturalna:
organizowano koncerty, przestawienia teatralne dla mieszkańców. Cztery lata
temu, w 1996 r. hucznie obchodzono nadanie szkole imienia „Orląt Lwowskich”
na cześć młodych obrońców Lwowa i pięćdziesięciolecie jej istnienia. Na
przestrzeni ćwierćwiecza szkołę ukończyło przeszło 2500 uczniów i uczennic.
Miejmy nadzieję, że wielgowska szkoła będzie działała i kształciła przyszłe
pokolenia jeszcze przez wiele lat!
Po śmierci księdza
Bryczkowskiego do Wielgowa przyjechali inni kapłani: ks. dziekan Marcin
Dokudowiec (1908- 1968) i ks. Jan Bejnarowicz (1931- 1968). Obaj pełnili
swoją posługę w średniej wielkości drewniano-murowanym kościółku z salkami i
plebanią. Zburzono go jednak, aby wznieść okazalszą świątynię z dzwonnicą.
Plebanię i salki zachowano i funkcjonują do dziś. Wcześniej w tych
pomieszczeniach odbywały się lekcje religii. Budowę nowego kościoła zaczęto
w 1976 r., a wiechę postawiono już dwa lata później. Ścianę za ołtarzem
ozdobiono olbrzymią mozaiką przedstawiającą św. Michała Archanioła na tle
kosmosu. Można tam wyróżnić Słońce, gwiazdy i Ziemię. Do naszego osiedla
zaczęli przybywać nowi księża, którzy nauczali w świątyni. Jednym z nich był
ks. Stefan Pawlaczyk (1918- 1992) jeszcze do niedawna odprawiający msze dla
wielgowian. Razem z księdzem Pawlaczykiem pojawił się u nas proboszcz Trus.
Obecnie o kształcenie religijne dbają księża: Jacek Kochański, Gustaw Zając,
Kazimierz Napierała. Dzisiaj, dzięki funduszom zebranym przez wiernych
powoli wznosi się okazała plebania, w której już niedługo zamieszkają
kapłani.
Na początku w Wielgowie nie
funkcjonowała przychodnia. Dopiero później została zorganizowana przez
jednego z lekarzy i obecnie jest przychodnią rodzinną. W sąsiedniej osadzie,
tzw. „za przejazdem”, czyli w Zdunowie od ponad 85 lat istnieje szpital.
Powstał w roku 1915 z pieniędzy złożonych w legacie przez Karkutschera,
kupca szczecińskiego. Na początku w budynku znajdowało się około 260 łóżek,
które były usytuowane na oddziałach damskim i męskim. Na terenie szpitala
wybudowano pomieszczenia administracyjne oraz dla służby lekarskiej. Limit
osób mogących przebywać pod opieką lekarzy wynosił 470 pacjentów. Szpital w
latach sześćdziesiątych i osiemdziesiątych przeżywał swój największy rozwój,
był wzbogacany w coraz to nowocześniejszą aparaturę. Obecnie zakład nosi
nazwę Wojewódzkiego Szpitala Ftyzjo-Pulmonologicznego w Szczecine-Zdunowie i
mieści wiele oddziałów, m. in. Kardiologiczny, urazowy. Od 1948 r. polscy
lekarze wiernie służą chorym mieszkańcom Wielgowa, Zdunowa i Sławociesza, a
także osobom z dalszych regionów. Porządkiem w Wielgowie zajmowała się
milicja obywatelska, która za swoją siedzibę obrała budynek nr 22 przy ul.
Bałtyckiej. Bez trudu można było dostrzec, że osiedle rozkwita.
W każdej większej dzielnicy
istnieje cmentarzyk - miejsce oświetlone płomieniami zniczy, ciepłe od
serdecznych modlitw wypowiadanych szeptem i zawsze tajemnicze. Idąc przez
takie miejsce często widzimy zapadłe groby, zmurszałe krzyże, nieczytelne
tabliczki. Groby, o których zapomniano. Groby smutne, ciche i proste...
Największy urok mają wiejskie cmentarzyki zarośnięte trawą, otoczone
mosiężnymi sztachetami płotu, bezimienne mogiły w kwiatach. Skłaniają do
zadumy. W Wielgowie przy ul. Urodzajnej, wśród drzew oplecionych mocnym
uściskiem bluszczu jest takie miejsce i ma swoją przeszłość. Prawdopodobnie
nikt nie wie, kiedy powstał, gdyż pierwsi polscy osadnicy zastali tu
nagrobki Niemców. Zlikwidowano je jednak i wywieziono do lasu. Niektórzy na
tym zyskali, ponieważ sprzedali większość marmurowych płyt, figurek i
posążków. Po paru latach cmentarzyk częściowo się zapełnił. Pochowano na nim
wielu przesiedleńców oraz żołnierzy, którzy podczas wojny walczyli o
włączenie do Polski ziem nad Odrą i Bałtykiem. Jako jeden z pierwszych
pojawił się nagrobek ks. Bryczkowskiego.
Moje
osiedle jest niewielkie, lecz może się poszczycić pomnikiem przyrody. Jest
nim tzw. „Lipa Wielgoszowa” (fotografia obok), drzewo być może zasadzone
przez założyciela osady- Wielgosza. Obiekt ten znajduje się przy wjeździe do
Starego Wielgowa, u zbiegu ulic: Tczewskiej, Bryczkowskiego i Bałtyckiej,
obok wielkiego drewnianego krzyża postawionego tam w 1947 r.
Większość informacji
wykorzystanych w mojej pracy uzyskałam od jednej z najstarszych mieszkanek
Wielgowa - pani Anieli Raróg-Chomy. Przeprowadziłam z nią wywiad i
dowiedziałam się wielu interesujących rzeczy o naszym powojennym osiedlu.
Moja rozmówczyni przybyła tu 18 kwietnia wraz z drugim transportem, gdy
miała trzynaście lat. Pochodzi z Lwowa (okolice Zubrzy). W tym roku
obchodziła sześćdziesiąte siódme urodziny. Pani Aniela bardzo dobrze pamięta
dzień swojego przyjazdu i atmosferę wtedy panującą, co opisuje tymi słowy:
„Gdy przyjechałam do Wielichowa w roku 1946, praktycznie nic tu nie było,
tylko poniemieckie domy, ruiny oraz pola, lasy i łąki. Pusto, cicho, ładnie.
Można było zajmować domy, jakie się komu podobały. Zastaliśmy tutaj jedynie
garstkę osadników głównie z Warszawy, którzy zamieszkali w Wielgowie rok
wcześniej. My zostaliśmy przesiedleni z Zubrzy. Wojsko rosyjskie postawiło
nam warunek, że albo pojedziemy do Szczecina, albo na Sybir. Mój ojciec
powiedział wtedy, iż na stare lata woli zamieszkać gdziekolwiek, byleby
szczęśliwie. Nikt przecież nie chciał pracować przymusowo, a potem umrzeć w
mękach z głodu i wyczerpania. Więc, gdy pociąg zatrzymał się na stacji tu, w
Zdunowie, kazali jednym iść na Sławociesze, a drugim na Wielgowo. [...]
Zawsze było tu tak ładnie, odkąd pamiętam. Wszędzie kwitły kwiaty, zieleniły
się drzewa. Pięknie, naprawdę. Wszyscy osadnicy się lubili, było wesoło.
Nawet mieliśmy duże boisko do gry w piłkę nożną, na miejscu dzisiejszego
przy ul. Wesołej. Co parę dni odbywały się mecze. To były, mimo wszystko,
szczęśliwe lata, szybko zżyliśmy się z Wielgowem...”
Dziś moje osiedle to jedna z
najbardziej zielonych dzielnic Szczecina, „oaza spokoju”. Mieszkańcy
gwarnych miast chętnie do nas przyjeżdżają, aby odpocząć od codziennego
zgiełku, odetchnąć świeżym powietrzem. Zdarza się, że całe rodziny urządzają
sobie tu pikniki. Coraz więcej ludzi dostrzega piękno Wielgowa i buduje w
naszym osiedlu domy. Co jakiś czas można zauważyć nowe dachy wznoszące się
wśród drzew. Lasy okalające osiedle przyciągają tłumy grzybiarzy i zbieraczy
jagód. Bardzo przyjemne są również spacery wśród pachnącej zieleni.
Osadnicy przyjechali tu pełni
obaw, ale pokochali nowe miejsce - Wielgowo stało się ich domem. Również
następne pokolenia tu urodzone kochają swoją miejscowość. To jest ich
miejsce na Ziemi
Bibliografia:
1. Białecki Tadeusz, Turek-Kwiatkowska Lucyna. „Dzieje Szczecina”.
2. Kronika Szkoły Podstawowej Nr 13 w Szczecinie (1946- 1966).
3. Piskorski Czesław. Notatka dotycząca Wielgowa - materiały ze spotkania z
autorem przechowane w gabinecie historycznym SP 13.
4. Wywiad z panią Anielą Raróg-Chomą.
|