|
 
Legendy Puszczy
Bukowej
i okolicy
Puszcza Bukowa to nie tylko to, co
widzimy, czego możemy dotknąć. To także opowiadania niezwykłe, często
fantastyczne, mające swoje źródła gdzieś w zamierzchłej przeszłości. To
odwieczna walka dobra ze złem. Miejsca, sytuacje i wydarzenia pochodzące
często z różnych epok są wymieszane ze sobą. Ale w legendach wszystko jest
możliwe i wszystko jest prawdą.
Zebrane tutaj legendy będą sukcesywnie uzupełniane. Te, które dotyczą
bezpośrednio Puszczy Bukowej są włączone w skróconej formie także w
opis szlaków i miejsc Puszczy Bukowej.

Jak powstała nazwa Podjuchy
Puszcza
Bukowa od wielu wieków intrygowała wszystkich swoimi tajemnicami i urokiem.
Zauroczeni jej pięknem byli i są nie tylko zwykli ludzie, ale i głowy na
wysokich stanowiskach. Tak było i z Księciem Szczecińskim Barnimem I. Był on
wielkim miłośnikiem Gór Bukowych. Często urządzał wyprawy i cieszył się z
poznawania jej piękna i uroków. Tak się składało, że bardzo często
przejeżdżał przez piękną krainę położoną nad brzegami rzeki Regalicy.
Potężne, prastare dęby i buki, o pniach tak grubych, że nawet siedmiu
chłopów nie było w stanie ich objąć porastały zbocza gór na prawym brzegu.
Po lewej stronie dla odmiany wielkie rozlewiska wodne, ciągnące się aż do
Odry. Miejsce to tak zafascynowało księcia, że postanowił założyć tutaj
osadę. Jak postanowił, tak się stało. Wieść o powstaniu nowej osady szybko
się rozniosła i wkrótce zaczęło przybywać nowych osadników. Książę był
wszystkim bardzo przychylny. Cieszył się bardzo, że osada tak szybko się
rozwija. Starał się, pomagać wszystkim, którzy postanowili się tutaj
osiedlić. Osada szybko się rozrastała i przybywało nowych mieszkańców.
Zmieniały się też ich potrzeby. Dzieci dorastały i nastała konieczność
uruchomienia nauczania. Z początku zajął się tym kościelny. Nie był jednak w
tym zbyt dobry. Książę Barnim zauważył to i zaczął poszukiwać jakiegoś
bakałarza. Wielu ludzi z bliższych i dalszych okolic zgłaszało się, ale
żaden z nich nie spodobał się dla księcia. Zgłosił się w końcu też biedny
krawiec Pode. Pode spodobał się dla księcia i został bakałarzem w osadzie.
Zawsze miał dobry humor i znał wiele różnych, śmiesznych historyjek. Książę
bardzo lubił rozmawiać z bakałarzem Pode. Podczas swoich wypraw do Puszczy
zawsze odwiedzał i osadę i krawca-bakałarza. Wkrótce dla mistrza Pode
urodził się potomek. Ledwo wiadomość o tym fakcie dotarła do księcia, ten
szybko udał się do osady i wprosił się na ojca chrzestnego. Pode bardzo się
z tego ucieszył. W końcu nie każdy ma za ojca chrzestnego księcia. Po
początkowej radości zaczął jednak się zamartwiać, bowiem na zorganizowanie
przyjęcia dla takich znamienitych gości potrzeba dużych funduszy, których
nie miał. Książę Barnim dobrze znał jednak zarówno stosunki panujące w
osadzie, jak i sytuację finansową bakałarza. Sam sfinansował całość
wykwintnego jedzenia i napojów. Zadbał też o odpowiedni wystrój całej osady.
W dniu chrzcin od samego rana przybywali znamienici goście zaproszeni przez
bakałarza i księcia. Przybył też książę wraz ze swoim orszakiem. Po
oficjalnej uroczystości wszyscy goście zajęli miejsca za przygotowanymi
stołami. A na stołach niczego nie brakowało zarówno do jedzenia, jak i do
picia. Mieszkańcy osady początkowo byli onieśmieleni obecnością księcia i
jego orszaku, ale w miarę jak ubywało wina na stołach bariery i nieśmiałość
wobec siebie zostawały przełamane. Wspólnie opowiadano różne pikantne
historyjki i wyśmiewano się z siebie. W opowiadaniu i żartowaniu prym wiedli
książę i bakałarz, którzy opowiadali najlepsze i najbardziej wesołe
historie. Oni też przekrzykiwali wszystkich i najgłośniej się śmiali.
Rozbawiony książę, po odpowiedniej dawce trunków zaczął gubić słowa i
skracać zdania. W końcu wykrzykiwał tylko: "Posłuchajcie tylko jak Pode
jucht" Słowko "jucht" to pokrzykiwać z radości, weselić się. Dobra zabawa
trwała do białego rana, a wieść o wystawnym przyjęciu i historyjkach, które
tak rozbawiły księcia rozeszła się po całym kraju. W osadzie wystawne
przyjęcie wryło się w pamięć mieszkańców, a powiedzenie księcia "Pode jucht"
spodobało się do tego stopnia, że mieszkańcy zaczęli dzielić wszystkie
wydarzenia na te, które odbyły się przed "Pode jucht", w czasie "Pode jucht"
i po "Pode jucht". Z czasem wszyscy zaczęli nazywać osadę Podejucht, a
następnie Podejuch. Czas płynął i obecnie już nikt nie pamięta
krawca-bakałarza Pode. Tylko jego imię jest zawsze wspominane, gdy
wymieniamy dzisiejszą nazwę prastarej osady Podejucht, której nazwa dzisiaj
brzmi Podjuchy. Jak powstała nazwa
Żelisławiec
Dawno,
dawno temu za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, a nawet za rzeką Odrą
był gród warowny zwany Szczecinem. Czasy były niespokojne, toteż w grodzie
była utrzymywana liczna drużyna zbrojnych, a w okolicy stały liczne
warownie. W jednej z takich warowni w pobliżu wsi Glinna służył dzielny
rycerz Żelisław wraz ze swoją drużyną. Książę Szczeciński bardzo cenił
rycerza Żelislawa za jego odwagę, waleczność, mądrość i oddanie. Nieraz
zlecał mu do wykonania ważne misje, z których rycerz Żelisław zawsze się
wywiązywał. Zdarzyło się też, że pewnego razu Książę zlecił mu zbadanie
południowych terenów włości, mało znanych do tej pory. A nóż okazałoby się,
że gromadzą się tam jacyś zbrojni, albo ludność się buntuje? Skoro świt
wyruszył więc Żelisław ze swoimi wojami w tamte strony. Przez bezdroża i
zastępy puszczy ciężko było jechać zbrojnym. Przedzierali się przez wzgórza
i doliny, lasy i rzeki. Kiedy słońce wyznaczyło południe dotarli do pięknej
polany otoczonej starymi i potężnymi dębami. Postanowili troszkę odpocząć,
bo zarówno ludzie, jak i konie byli bardzo zmęczeni i głodni. Rozsiodłali
konie, a sami zaczęli przygotowywać strawę. Nagle do ich uszu dobiegł jakiś
dziwny odgłos, którego nigdy przedtem nie słyszeli. Nie był podobny do
żadnego znanego im dźwięku. Troszkę jakby wycie dzikich zwierząt, troszkę
jakby zawodzący śpiew ptaków, a w tle skrzyp nienaoliwionych wrót. Każdy
inny przestraszył by się i uciekł, ale nie dzielna drużyna Żelisława.
Postanowili sprawdzić co to jest takiego. Po krótkiej chwili na jednym z
dębów dostrzegli dziwne i niespotykane stwory. Nie były to ptaki, chociaż
miały głowę, skrzydła i szpony orła. Nie były zwierzętami, chociaż miały
tułów, łapy i ogon lwa.
Zupełnie
nie bały się wojów i Żelisława, który był bardzo zaskoczony widokiem tych
stworów. Po dłuższej chwili gdy wszyscy już ochłonęli, rycerz Żelisław
postanowił natychmiast powiadomić o tym odkryciu księcia. Szybko wysłał więc
umyślnego z wiadomością do Szczecina. Książę tak bardzo był ciekaw odkrycia,
że wyruszył niezwłocznie. Na polanę dotarł tuż przed zachodem słońca. Jak
pięknie wyglądały te stwory na tle ogromnej pomarańczowo-żółtej kuli
słonecznej! Książę i jego świta wprost nie mogli oderwać oczu od tego
widoku. Poznał książę te stwory niejednokrotnie przedstawiane na malowidłach
i rzeźbach w zamku. Były to gryfy pomorskie. Co innego jednak zobaczyć je
namalowane, a co innego zobaczyć je w naturze. Książę był tak oczarowany, że
postanowił umieścić wizerunek jednego z gryfów w swoim herbie. Rycerz
Żelisław został wynagrodzony za swoje odkrycie. Książę nadał mu okoliczne
tereny w wieczyste lenno. Wkrótce na polanie powstała osada nazwana od
imienia Żelisława Żelisławcem.
Czas płynął i dziś nie ma już ani rycerza Żelisława, ani Księcia. Przetrwały
tylko wizerunki gryfów na herbach miast pomorskich. Przetrwał także
Żelisławiec. Pośrodku wsi, na cmentarzu koło kościoła rośnie do dzisiaj dąb
na którym gryfy miały swoje gniazdo, i który to wyszumiał mi tę historię.
Jak powstała nazwa Sowno
Dawno,
dawno temu żył w Kołbaczu pewien kowal. Miał małą kuźnię odziedziczoną po
ojcu na skraju wsi. Pracowity był bardzo i roboty się nie bał, ale zarobione
pieniądze jakoś nie chciały się jego trzymać. Dorobić się nie mógł niczego i
często popadał w długi. W domu też nie było wesoło. Żona jego często
chorowała, na zdrowiu podupadła, dzieci były słabe i też chorowały. Pola
miał piaszczyste, toteż i zbiory nie były pokaźne. Zły los ciągle go nękał,
a to rzeka wylała na jego ziemię, a to krowa zdechła, a to uderzenie pioruna
spaliło mu zboże. Biedny Sowa sam już nie wiedział czemu spada na niego tyle
nieszczęść. Martwił się tym bardzo i spać po nocach nie mógł. W swojej
bezsenności włóczył się nocną porą po wsi i okolicach. Ludzie zauważyli jego
dziwne zachowanie i przezwali go Sową, bo podobnie jak sowa więcej był
obecny w nocy niż w ciągu dnia Którejś nocy, gdy znów bezsennie na progu
kuźni siedział, przysłał po niego opat klasztoru. Kowal zdziwiony, co to za
nocne prace czekają go w klasztorze, zabrał narzędzia i podążył za
posłańcem. Opat powiódł go do podziemi. Szli podziemnym gankiem, aż znaleźli
się w wielkiej, pięknie sklepionej piwnicy. W świetle pochodni kowal
zobaczył mnóstwo wielgachnych beczek. Opat zaś wskazując na nie powiedział:”
obręcze się na tych beczkach się poluzowały, tylko patrzeć, jak się rozsypią
całkiem. Bierz się kowalu do roboty i przed świtaniem usuń szkodę, a nie
będziesz żałował!”.
Wziął się więc Sowa raźno do roboty i nim kur zapiał, uporał się z
obręczami. Zadowolony opat poklepał go po ramieniu i zapytał, jakiej zapłaty
Sowa żąda. Te jednak odrzekł, że dla klasztoru wykonał tę pracę i nie godzi
się żądać od klasztornych braciszków pieniędzy. Opat znów poklepał go po
ramieniu i rzekł: „ Dobry z ciebie człek, sam nie opływasz w dostatki, a od
klasztoru pieniędzy przyjąć nie chcesz! Weź więc przynajmniej z jednej z
beczek, co chcesz. Tam jest jęczmień, żyto i groch. Bierz, na co masz
ochotę”. Wziął wtedy Sowa pełen fartuch grochu, bo pomyślał o smacznej
grochówce, którą ugotuje żona Maryna. Dzieciska jego tez bardzo grochówkę
lubiły.
Gdy wrócił rankiem do domu, rzucił węzełek z grochem w kąt izby, sam zaś
legł znużony na posłaniu. Niebawem Maryna sprzątając izbę, natrafiła na
węzełek. Zaciekawiona rozwiązała go, a wtedy posypało się na podłogę mnóstwo
złotych dukatów: każde ziarenko grochu zamieniło się w złoty dukat. I odtąd
odmienił się los biednego kowala Sowy. Za klasztorne dukaty zakupił wielki
szmat ziemi na skraju Puszczy Goleniowskiej, wybudował tam piękny dom oraz
kuźnię wielką i przez długie lata żył szczęśliwie, a jego potomkowie
osiedlali się tam na dobre i dali początek dzisiejszej wsi SOWNO.
Błazen księcia Fryderyka
Ranek
wstał tego dnia pogodny i ciepły. Żabie chóry niosły się od łąk nad Iną, a w
pobliskim borze niestrudzenie nawoływały kukułki. Także w wiosce słychać już
było codzienną krzątaninę: to zaturkotał wóz na drodze, to zaskrzypiał
kołowrót u studni, to gospodarz klepał kosę. Niosło się ujadanie kundli i
pokrzykiwania pastuchów, którzy nawoływali psy do codziennej służby przy
krowach. Te zaś dostojnie powoli, z cichym muczeniem podążały na łąki, pełne
soczystej trawy. Wkrótce za krowami wyległy hurmem krzykliwe, wiecznie
głodne gęsi, spiesznie drepcąc na pastwisko. Mali pastuszkowie po drodze
wycinali witki z łoziny, by mieć czym poganiać niesforne ptaszyska. Na końcu
gęsiego pochodu dreptał ze swoim stadkiem chłopaczek nieduży, rudziutki jak
lisek i pogryzał pajdę chleba, co mu matka na drogę dała. Chłopaczek co i
raz przystawał, drapał się w rudą łepetynę i coś tam kombinował i nic
wymyślić nie mógł. A rzecz miała się tak: wczoraj wieczorem usłyszał, jak
ojciec do matki powiedział, że dziś książę przyjeżdża. Trzeba bowiem
wiedzieć, że w tej wiosce, Sownem zwanej, między rzeką Iną a Puszczą
Goleniowską położoną książęta szczecińscy swój zameczek myśliwski mieli.
Szczególnie często przyjeżdżał tu książę Jan Fryderyk, jako że zawołanym
myśliwym był i równie zapalonym rybakiem. Gdy przyjeżdżał, zwoływał
miejscowych chłopów, by mu nagonkę w polowaniu robili. Tak miało być i tym
razem. Ojciec Hinca, bo tak przezywano kiedyś rudego malca, zawsze po
powrocie z zameczku dziwy opowiadał o wspaniałym orszaku księcia, o rumakach
pięknych i strojach bogatych. Chciał więc mały Hinc tym razem obejrzeć
książęcy orszak, bo ciekaw był nad wyraz. Ale jak to zrobić, kiedy trzeba
gęsi pilnować? Jak nic, pójdą w szkodę, gdy je zostawić, a zabrać nie ma
jak. Aż w końcu wymyślił: powiązał je wszystkie sznurkiem, co zawsze nosił
przy sobie, koniec sznurka przytroczył do pasa i podreptali razem, Hinc i
gęsi na drogę, którędy książę miał jechać.
A właśnie nadjeżdżał książę z orszakiem. Najpewniej byłby nie zauważył
malca, gdyby nie straszliwy wrzask przerażonych gęsi. Książę, zobaczywszy
cały ten korowód, roześmiał się szczerze i rzekł: „A to ci przemyślny
chłopaczek! Patrzcie, jak sobie poradził, by nie zgubić gęsi! Podoba mi się
ten mały!” Potem kazał zawołać rodziców Hanca i poprosił ich, by mu chłopca
na dwór dali. Obiecał go wykształcić i na ludzi wykierować. Rodzice z
radością się zgodzili i Panu Bogu dziękowali, że los chłopca na dobre się
odmieni. Mijały lata. Mały Hanc wyrósł na pięknego i mądrego młodzieńca.
Zdolnym się okazał, naukę w lot pojmował, a księcia na krok nie odstępował.
Stał się ulubieńcem księcia i całego dworu. Bawił wszystkich, powtarzano
sobie jego powiedzonka i dowcipy. Mógł sobie na wiele pozwolić nawet kpić z
księcia. Aż kiedyś przebrała się miarka i po jakimś nader śmiałym figlu
książę rozgniewał się i kazał wtrącić Hinca do lochu. Wnet jednak żal mu się
zrobiło błazna Hinca, więc mu wybaczył, ale postanowił go postraszyć.
Oznajmiono tedy Hincowi, że książę skazał go na ścięcie. Wyprowadzono go,
zawiązano oczy i kazano głowę położyć na pieńku. Cały dwór zebrał się na
dziedzińcu zamkowym, zaśmiewano się do łez, wiedząc, jaki figiel książę
wymyślił. Otóż zamiast toporem, kat miał uderzyć Hinca w kark kiełbasą. Tak
się stało. Ale o zgrozo! Błazen osunął się z pieńka jak martwy, no bo i
martwy był: jego serce nie wytrzymało wielkiego strachu i przerażenia.
Książę rozpaczał wielce po stracie ukochanego błazna i gorzko wyrzucał sobie
niefortunny żart, obwiniając sobie winę za jego śmierć. Sam zawiózł Hinca do
rodzinnego Sowna i tam pochować kazał w zamkowej kaplicy. Wystawił mu
pięknie rzeźbioną kamienną tablicę nagrobną, przedstawiającą błazna w
bogatym stroju z wielką kiełbasą w ręku.
Dziś nie ma już myśliwskiego zameczku ni kaplicy zamkowej, ale zachowała się
kamienna tablica nagrobna książęcego błazna. Stoi w przedsionku obecnego
kościoła w Sownie i przypomina zdarzenie z przed lat. |